Polskie kino alternatywne

Obrazek

Polskie kino alternatywne

Tadeusz Lubelski, Historia niebyła kina PRL, Znak 2012

Alternatywne wersje historii zawsze miały szerokie grono swoich zwolenników. Wystarczy przypomnieć wydany ostatnio „Pakt Ribbentrop-Beck” Piotra Zychowicza, który próbuje opowiedzieć XX wiek, w którym Polska poddała się Hitlerowi i… wygrała II wojnę światową. Albo sięgnijmy odrobinę dalej – do „Lodu” Jacka Dukaja i jego wizji świata bez I wojny światowej. Podobnie w „Widmach” Łukasz Orbitowski pokusił się o szkic naszej rodzimej historii bez Powstania Warszawskiego. Te książki zdradzają nie tyle nasze uwielbienie do teorii wszechświatów równoległych (choć to pewnie też), ile obrazują odwieczne zmagania z losem, przeszłością i naturalną dla człowieka skłonność do snucia refleksji: „co by było, gdybym w ważnych momentach swojego życia postąpił/mógł postąpić inaczej”?

Tym śladem idzie również Tadeusz Lubelski. Jego „Historia niebyła kina PRL” to próba rekonstrukcji polskiej kinematografii w sytuacji, gdyby produkcja trzynastu naprawdę ważnych filmów doszła do skutku. W swojej pracy łączy on detektywistyczną pasję z warsztatem wyrobionego archiwisty, który dociera do dokumentów oraz świadków wydarzeń. Zaczyna zazwyczaj od zbadania, jak niedoszli autorzy wpadali na swoje pomysły, by potem, poprzez rekonstrukcję trudności z jakimi artysta-filmowiec musi się zmagać, zarysować sytuację społeczno-polityczną w ówczesnej Polsce. Każda z opowieści kończy się diagnozą (czasem oczywistą, a czasem opartą na domysłach), dlaczego dany film nie powstał. W pisarstwie Lubelskiego – wytrawnego i doświadczonego filmoznawcy – widać pasję odkrywania i wyobraźnię, która jednak w żadnym momencie nie jest zbyt swawolna. Jego sądy i opinie są oparte na dokumentach, rozmowach, znajomości środowiska albo sytuacji politycznej tamtych czasów.

Opisane projekty nie są wyłącznie niezrealizowanymi arcydziełami. Oprócz „Osła grającego na lirze”, który miał być najważniejszym filmem Wojciecha Jerzego Hasa, pojawia się „Popiół i diament”, którego nie zrobiłby Wajda, w którym nie byłoby Cybulskiego i który na pewno nie byłby kamieniem milowym polskiego kina. Tego drugiego filmu nie żal. Za to na pewno szkoda „Powołania”, które miał zrobić Wajda (ponoć jest to projekt, którego żałuje najbardziej) albo jego wersji „Przedwiośnia”. Zresztą w książce mówi się aż o trzech niezrealizowanych projektach tego reżysera – każdy brzmi bardzo ciekawie, choć tylko dwa wspomniane wyżej pewnie byśmy do dziś pamiętali. Podobnie szkoda filmu Kazimierza Kutza o pierwszych polskich osadnikach w Ameryce Północnej. Fascynująca, oparta na faktach, historia emigracji do Teksasu (prawie wszystkich!) mieszkańców pewnej śląskiej wsi, ich przygody, niedole i wreszcie realizacja american dream to materiał na obraz, którego potencjał fabularny jest tak niesamowity, że trzeba przeklinać system, który nie pozwolił na jego nakręcenie.

Tadeusz Lubelski swoimi esejami pokazuje, jakimi ścieżkami mogło pójść polskie kino. Jednocześnie z jego opowieści nie wynika, że nasza kinematografia wyglądałaby dziś zupełnie inaczej, gdyby te filmy powstały. Pojedyncze filmy zazwyczaj nie zmieniają biegu rozwoju kultury. Jego książka wciąga, bo pokazuje, iż ścieżki artystyczne konkretnych twórców miały prawo biec inaczej. Wajda bez „Popiołu i diamentu”, za to z „Przedwiośniem” na koncie – potrafimy sobie to wyobrazić? Lubelski daje nam na to szansę.

Jego książka to zarazem też portret epoki: z jej absurdami (ciekawe jak by pokazał ją Bareja w swoim filmie o agencie 005, gdyby udało mu się go zrobić?), ograniczeniami, koniecznością zakulisowych gier oraz, co tu kryć, intelektualną przaśnością osób decyzyjnych. Podziw wzbudza to, jak artyści sobie z tymi ograniczeniami radzili: albo poprzez kompromisy, albo mowę ezopową albo… milczenie i czekanie, aż uda się powiedzieć coś w sposób, w jaki chce się to uczynić. Ten ostatni przypadek to Wojciech Wiszniewski, który zmarł, nim zdołał ruszyć z produkcją filmu kostiumowego o próbie porwania Stanisława Augusta Poniatowskiego.

„Niebyła historia kina PRL” to także próba portretu ówczesnej krytyki filmowej. Każdy z opisywanych projektów posiada bowiem aneks w postaci fikcyjnej recenzji niezrealizowanego filmu. Choć podpisane pseudonimami, to bez problemu rozpoznamy wśród wymyślonych przez Lubelskiego autorów takie osobistości jak Jerzy Waldorff, Tadeusz Sobolewski czy (dla mnie niestety już nieczytelne to analogie) recenzentów reprezentujących stronę komunistycznych władz. Tym sposobem rekonstrukcja alternatywnej wersji historii polskiego kina otrzymuje kolejną warstwę: „tę inną” historię polskiej krytyki filmowej. Jest to też drobny ukłon w stronę „Doskonałej próżni” Stanisława Lema, czyli zbioru recenzji książek, które… nigdy nie powstały.

Praca Tadeusza Lubelskiego na pewno ucieszy fascynatów kina. Ale jeśli posiadamy choć odrobinę wiedzy o historii filmu, to czytanie tej książki jest troszkę jak czytanie opowieści kryminalnej. Co prawda wiemy, kto zabił, ale śledzenie losów detektywa i tak wciąga. To też doskonałe ćwiczenie dla umysłu, jak zresztą każda opowieść o historii z wszechświata równoległego. I co najważniejsze, Lubelski zdaje się to potwierdzać, mimo tylu ciekawych, niezrealizowanych pomysłów, historia polskiego kina jaką mieliśmy, była najlepszą z możliwych. Czy to dobrze czy źle – musimy już rozstrzygnąć sami.

Tekst pierwotnie opublikowany na stronie Wydawnictwa Znak. Recenzja miesiąca stycznia 2013.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s