Coś o Wenecji wyobrażeniu wspomnieniem Znaku wodnego…

Coś o Wenecji wyobrażeniu, wspomnieniem „Znaku wodnego” wywołane

Wśród niezliczonych książek poświęconych Serenissimie Znak wodny Josifa Brodskiego zajmuje miejsce wyjątkowe. Rosyjski poeta, od kiedy w 1972 roku znalazł się na wygnaniu, spędzał w Wenecji każde Boże Narodzenie i część mglistego, chłodnego stycznia. Fantasmagoryczny obraz ukochanego miasta zawarł w wierszach (dołączonych do tego tomu), a przede wszystkim w tytułowym eseju – pokazującym, iż w prozie bywał poetą równie wspaniałym jak w poezji.
Włoskiemu wydaniu Znaku wodnego autor nadał tytuł Fondamenta degli Incurabili – „Nadbrzeże Nieuleczalnych”. Nazwa pochodzi od weneckiego nadbrzeża oraz położonego w pobliżu znanego szpitala. Brodski zawarł w niej świadomość zarówno nieuleczalnej choroby własnego serca, jak i swojej nieuleczalnej miłości do Wenecji – miasta równie chorego i skazanego. Nikt przedtem ani potem nie opisał go w sposób równie hipnotyzujący.

Zaczynamy od smrodu. Czy Miasto Umarłych, szpital na wyspie, gdzie liczba potencjalnych zwłok na metr kwadratowy jest większa, niż nakazywałby dobry gust, może nie śmierdzieć?

Biorąc pod uwagę nieustanną obecność wody, jej odór musi być momentami wyczuwalny – niesie ze sobą samobójców, topielców, przeszłość, odbicia fasad kruszejących kamienic i ciała przypadkowych turystów, którzy wypadli z gondoli. Słusznie Brodski zauważa, że w Wenecji tylko przyjezdnych stać na pływanie po kanałach tym środkiem lokomocji. Wenecjanie z niego nie korzystają (by być ścisłym: nie korzystali w latach 80, w zimie, gdy Brodski krążył uliczkami miasta). A że w moim przekonaniu dominującą grupą turystów w Wenecji są Niemcy, i to nie w kwiecie wieku (weźmy pod uwagę Gustawa von Aschenbacha z noweli Manna) to roboty Charonowi nie brakuje. Przewozi starców i staruszki dla których, koniec końców, wybór: woda czy wóda nie stanowi specjalnego dylematu, toteż kąpiele w kanałach muszą być częste. Nawet jeśli jakimś cudem wenecki Charon wydobędzie pomarszczone ciało z zimnej wody, to starość na pewno nie jest dla zawartości kanału perfumą.

Może nie wszyscy starzy Niemcy przyjeżdżają do Wenecji by umrzeć. Po prostu wtedy śmierć przyjeżdża, by umrzeć ich. Zakładają (Niemcy sobie, bądź Niemcom się zakłada) odświętne maski, pod którym skryją wykręcające się z bólu usta. I tak zapatrzeni w jurną i wulgarną młodość, opatuleni kocem i szumem powietrza nad Lido, cholernie się męczą. Bądź męczy ich cholera. Wychodzi ostatecznie na to samo przedstawienie. Powiedzcie mi więc z pełnym przekonaniem, że nie czują wtedy ci zamaskowani potomkowie germańskich wojowników, tego odoru, który w równym stopniu przeżera nozdrza i oko, co mózg i pamięć.

Tak zapewne pachnie śmierć albo piękno.

Toteż nawet jeśli jest to zapach, który nie tyle drażni włoski w nosie, co kąsa mózg, to i tak stanowi zaskakujące uzupełnienie dla urody architektury, która zgniata widza na każdym kroku. Brodski odczytując “Znak wodny” w alejkach Wenecji, czytał zimę i sam był czytany przez piękno (nie pamiętam już czy odnotowywał ten fakt bycia lekturą, ale lustra przecież są tam wszechobecne). Pomyślałem: cóż łatwiejszego i bardziej oczywistego nad zachwyt nad tymże miastem? I nie myślałem tu już nawet specjalnie o Mannie, Viscontim, Brodskim czy o kimś tam jeszcze, o kim dusza humanisty zechce pomyśleć. Myślałem bardziej współcześnie o czerwonych dywanach i blichtrze, za którym stoją brzegi pożerane przez morze. Neptun łapie domy, kruszy mury wciąga je w swoje królestwo.

Brodski był jeszcze na tyle bezczelny, że Wenecję odwiedział w czasie, gdy marzły wodorosty. Zima dla syna Północy, wychowanka grodu Piotra Wielkiego nie musiała być jakimś specjalnym wyzwaniem. Mógł sobie poeta wybór terminu wizyty tłumaczyć na wiele sposobów (przy czym najrozsądniejszy to ten, że Niemców jest wtedy mniej). Ale dla zawałowca wizyta zimą w świątyni piękna (nim przywdziewa ona karnawalowe maski) jest jedną z intelektualnych perwersji.

Spojrzymy w taflę wody, w której odbija się najczystsza architektura. Morze przemija, a miasto zostaje. Choć zaraz, zaraz… Przecież fale pochłaniają też budynki, prawda? Więc odór/śmierć jednak jest. Nawet jeśli podszywa się pod zmarzłe wodorosty. I jeśli, idąc w myśli za Brodskim, każdy z nas rozpoznaje siebie w którymś z żywiołów, to niech moim będzie woda: oferująca prywatnego sobowtóra w otoczeniu weneckiego piękna. Oraz drażniąca nozdrza.

Advertisements

7 thoughts on “Coś o Wenecji wyobrażeniu wspomnieniem Znaku wodnego…

          1. domyśliłam się czytając, bo ja byłam i dlatego się zbulwersowałam;) czy powinnam obalać cały twój post dodając, że nie śmierdziało? ha:)

            Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s