Drzewo życia – notka

The Tree of Life (Drzewo życia), USA 2011, reżyseria: Terrence Malick

W relacjach z ubiegłorocznego Cannes, gdy pisano o “Drzewie życia”, wyjątkowo często  pobrzmiewało określenie: „pretensjonalne”. Choć ton komentarzy nie był jednoznaczny, to właśnie ten epitet zapamiętałem najmocniej. W efekcie mój kontakt z filmem był naznaczony podejrzliwością i nieufnością. Choć mam wrażenie, że jest to dziś podejście typowe wobec wszelkich traktatów, które niosą zamiar stworzenia zamkniętego projektu odpowiadającego na pytanie o istotę bytu. Takim traktatem jest ostatni (jak dotąd) film Malicka.


 

Wcześniejsze spotkania

“Cienka czerwona linia” wstrząsnęła mną wiele lat temu, diametralnie zmieniając mój sposób myślenia o życiu. Był to raczej wpływ na jakość czy styl, a nie na istotę refleksji. Nie śmiem twierdzić, że jedno dzieło sztuki potrafi przewrócić do góry nogami mój światopogląd – niezależnie ile lat bym miał. Chodzi raczej o to, że tamtejsza narracja miała tak wielką siłę oddziaływania, że przemodelowała mój język, wskazała nowe struktury gramatyczne, z których do dziś staram się korzystać przy opisie mojego poznawania świata.

Później już trochę sięgnąłem po „Badlands” – pierwszy film Malicka. Jego styl, kierunek myśli, narzędzia jakimi analizuje świat, stały się dla mnie dzięki temu obrazowi czytelniejsze. To znowu była narracyjna nowość, świadectwo osobnego i osobistego postrzegania rzeczywistości, wyrażonego w hipnotyzującej strukturze opowieści. Choć fabuła mnie nie zainteresowała – przegapiłem chyba jej istotę, czego dziś bardzo żałuję.

Filmografia filozofa pochodzącego z Texasu, dość uboga przecież, wymaga u mnie uzupełnienia o „Dni niebios” oraz „Podroż do Nowej Ziemi”. Jeszcze pozostają zaległościami, a to sprawia, że mój ogląd pozostaje niepełny. Mam przeczucie (oparte na tym, co dotąd widziałem), że bez kontekstu, bez innych esejów, sensu poszczególnych części zrozumieć w pełni nie sposób. Ale chociaż szczątkowo można próbować.

Na dzień dzisiejszy Malick jawi mi się jako filozof natury, który wychodząc od zaplecza nauk przyrodniczych szuka uzasadnienia dla bytu ludzkiego. Człowiek w przyrodzie ma swoje miejsce, będące konsekwencją miliardów czynników. A zarazem, co wyjątkowo silnie uwidacznia się w „Cienkiej czerwonej linii” bądź „Badlands”, charakterem naszego istnienia, budzimy zdziwienie w oczach samej natury.

 

Natura a łaska

W „Drzewie życia” reżyser zakreślił swój traktat na skalę, której chyba dotąd nie próbował. To modlitwa, czy raczej medytacja, która niemal w całości odsyła do tego, co Poza, Ponad, Za. Do obszaru, który uwielbiam nazywać metafizyką, choć szczerze mówiąc – chyba marne pojęcie mam, co to słowo oznacza. Brzęczącego z tylu głowy określenia „pretensjonalne” nie chciałbym używać, choć czasem ciśnie mi się pod klawiaturę, gdy pomyśle o zastosowanych chwytach filmowych. Nie chcę, bo wierzę w szczerość intencji, w prawdziwie głęboką myśl autora. Inna sprawa, czy rozmyślanie o sprawach wyższych jesteśmy dziś w stanie wyrazić bez narażenia się na wyśmianie.

Malick zdaje się wierzyć, że jest to możliwe i nie boi się sięgać do narzędzi, które dała mu jego wywodząca się z oświeceniowego racjonalizmu kultura oraz artystyczne dziedzictwo jego cywilizacji. Oglądając „Drzewo życia” przed oczami miałem kadry ze „Zwierciadła” Tarkowskiego (i paru innych jego filmów), dwóch dzieł Zwiagincewa („Powrót”, „Wygnanie”), a nawet Kieślowskiego (bo myślałem o jego porażce, gdy na serio w kulturze Zachodu szukał czegoś spoza porządku umysłu). Malick nie mógł nakręcić filmu w stylu Tarkowskiego czy twórców Wschodu. Nie widzę go w takiej stylistyce – bo jest z innego kręgu wartości i byłby w tym nieszczery. Blisko mu za to do „Wygnania” Zwiagincewa. Rosyjski reżyser stworzył co prawda dzieło wewnętrznie puste, ale wizualnie i stylistycznie tak oszałamiające, że estetyczne przekroczenie, jakie mi zafundował, było już tym, co porusza umysł. Malick o wspaniałość czasem się ociera, ale trafia na minę, która jest obecna u Kieślowskiego (którego, szczerze mówiąc za te właśnie porażki uwielbiam). Ten szukał ponadmaterialnego spoiwa dla swoich filmowych światów, ale mając do dyspozycji narzędzia europejskiej cywilizacji i dziedzictwo racjonalizmu trafiał na szablony, wytarte wzorce, ciasną klatkę myśli: „wszystko jest już znane, nie ma tajemnicy”. Każda próba wyrażenia tajemnicy kończyła się ostatecznie na konstatacji, że do dyspozycji mamy co najwyżej zagadki. Nic więcej.

Malick wywodząc (ale nie ograniczając) swoje myślenie od natury zadanie może mieć ułatwione. Z jednej strony pokazuje nasz byt jako uwikłany w ewolucję materii (stąd wstępny esej sięgający Wielkiego Wybuchu) i poza nim nie mający tak naprawdę uzasadnienia. Z drugiej: opisuje istotę ludzką, jako rozdartą w wyborze między światem naturą, a łaską. Ta pierwsza jest, istnieje, poddaje się wyjaśnieniu. Ta druga odznacza się milczeniem i jest brana na wiarę. Nie mamy pewności, czy to nie ułuda umysłu. Fabularnie są to Ojciec oraz Matka (takie mam odczucie, choć tego elementu nie jestem pewien). Żadne z nich nie jest złe, ani dobre, a różnica polega tylko na odmienności esencji.

 

Omijam estetykę

Jeśli coś może razić, to wykorzystanie wizualnych fajerwerków do wyrażenia myśli. Momentami wydaje mi się to być nazbyt kiczowate zagranie. Mam jednak dziwne, podskórne odczucie, że reżyser celowo nas zwodzi pięknem obrazów, pokazując jak trywialne i niczym nieuzasadnione jest szukanie najwyższego sensu w przyrodzie poprzez zabiegi jej estetyzowania. „Natura nie służy niczemu, poza samą sobą” – pada w trakcie medytacji. Czy więc jeśli w niej odnajdujemy ślad boskości, to powinniśmy się dziwić, że prędzej czy później poczujemy się oszukani? Tak czy inaczej (czy to ślad zachodniej, poracjonalnej podejrzliwości?) nie wierzę, by sens ewolucjonistycznego wywodu Malicka był głębszy, niż stwierdzenie, że od dziedzictwa natury się nie wyzwolimy. Tę sferę musimy w sobie zaakceptować, ale niekoniecznie się jej poddawać.

Zarazem schizofreniczna podejrzliwość wobec mojej podejrzliwości nie pozwala na odrzucenie tego dzieła. Chciałbym zaufać (nie mogę przecież powiedzieć „wierzyć”), że jest to najszczersze poszukiwanie, całkowicie osobiste spojrzenie starszego mężczyzny na kwestie pytań najważniejszych. Prywatność i zdziwienie (które czasem jest smutkiem, złością, rozczarowaniem, etc.) widzę i działa to bardzo silnie na myśl. Film Malicka wydaje się być skończonym traktem. To znaczy: nie daje nam nadziei, na odpowiedź ze strony Boga, nie udowadnia ostatecznie, że jakieś “Poza” istnieje. Przynajmniej ja takiej odpowiedzi nie dostrzegłem.

Za to cudownie, choć skrywając pod rozbuchanym przeestetyzowaniem świata filmowego, opowiada, że wybór między naturą, a łaską rozgrywa się nieustannie na obszarze społecznych relacji. Ta myśl dosadnie w fabule wybrzmiewa w synowskim trudzie wyboru, co w dziecku będzie z ojca, a co z matki. Przy mojej (niby)racjonalnej nieufności wobec ładnego słowa “metafizyka” taki trop jestem gotów podjąć.

Reklamy

One thought on “Drzewo życia – notka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s