Ostatnie uaktualnienia RSS Toggle Comment Threads | Skróty klawiaturowe
-
akkicaante
Noc Muzeów 2012, Białystok, Galeria ArsenałDwie wystawy Reynolda Reynoldsa otwarte dokładnie w Noc Muzeów w Arsenale (więcej szczegółów na stronie Galerii) na dłuższą chwilę zatrzymały nas w trakcie nocnego spaceru po mieście. O ile “Pięć utworów” nie odpowiada mi pod względem estetycznym i szybko uległy zapomnieniu, to już “The Lost” jest pozytywnym zaskoczeniem (choć obcowanie z nim, oceniam po fakcie, trwało zdecydowanie za krótko i domaga się powtórzenia). Jestem co prawda święcie przekonany (to pozostaje do weryfikacji), że rzekomo odnaleziony pod koniec lat 80. film Die Verlorenen tak naprawdę nigdy nie istniał i jest mistyfikacją artysty. Ale i tak składanie kawałków filmu, jakie odnajduje się w czterech salach, stanowi ciekawe ćwiczenie dla umysłu i uderza w mój ulubiony temat rekonstrukcji. Zwłaszcza, że (tu podziękowanie dla A. za spostrzegawczość), stając w odpowiednim miejscu: można wszystkie trzy wyświetlane filmy oglądać za jednym rzutem oka, co daje ciekawe uczucie obejmowania całości, która jednością nie jest. -
akkicaante
Od dziś urzędujemy w “Łazience”. Definitywnie.
Przeprowadzka zakończona, klucze oddane, pora oswajać się z nowościami.
-
akkicaante
Patrzę na to zdjęcie nocnego Białegostoku z ok. 1930 roku (ul. Nadrzeczna, która dziś już nie istnieje, ale przebiegała mniej więcej tam, gdzie aktualni Al. Piłsudskiego). Oglądam jeszcze dziesiątki innych fotografii z okresu przedwojennego. I myślę sobie: chętnie bym przeczytał dobry, sprawnie napisany (niech będzie nawet szablonowy, no trudno) kryminał rozgrywający się w tamtym nieistniejącym już mieście. W realnej historii miasta tematów dla intryg nie powinno zabraknąć, a ówczesna topografia obfituje w ciemne zaułki (idealne dla morderców i rabusi), różnorodność narodową (ubogaci tło) i burdele (wiadomo po co). Kiedyś pewnie przeczytam. A póki co – pozostaje mi pospacerować ul. Zamkową (też już nie istnieje, ale wiem, gdzie powinna być).

Rzeka Biała. Ulica Nadrzeczna nocą. Ok. 1930 r. Zdjęcie za: http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=316242
-
Marta
-
akkicaante
jeszcze też surrealizm. Ale to by było zbyt oczywiste;)
-
-
-
akkicaante
Żydowska dzielnica Irka Prokopiuka (o filmie dowiedziałem z tego tekstu na białostockich stronach Gazety Wyborczej) to przepiękna podróż po Podlasiu i – w końcowej partii – po samym Białymstoku. To przypominanie miejsc, które (w dużej mierze) z powodu braku lokatorów powoli umierają. Bądź nawet już umarły.
-
akkicaante
Decydujący moment (w fotografii) – ta jedna chwila, ułamek sekundy, w którym świat pogrążony w chaosie jawi się jako doskonała całość. Zdjęcie powinno streszczać wydarzenie, które za chwilę rozpadnie się w potoku życia
Izabela Jaroszewska (o idei Henriego Cartier-Bressona) -
akkicaante
Z czerwoną sukienką i pazurkami. Zahacza o horror i ucho.
Jedna z trzech moich ulubionych piosenek z ostatniej płyty Sons&Daughters.
-
akkicaante
Prezentacja Glass Project od Google to zapowiedź prawdziwej rewolucji w komunikacji i w technologii codziennego użytku. Szum medialny i zachwyty nad planami (nadzwyczaj prawdopodobnymi w realizacji) są uzasadnione — Google ma w ręku wszystkie atuty, by na niespotykaną skalę wprowadzić w życie idee rzeczywistości poszerzonej. Ale czy w gadżeciarskim zachwycie nie umyka nam jeszcze jedna rewolucja, która przy okazji się dokona?
Artykuł mi się napisało. Do poczytania całość na IT Tech Blog.
-
akkicaante

Coś o Wenecji wyobrażeniu, wspomnieniem “Znaku wodnego” wywołane
Wśród niezliczonych książek poświęconych Serenissimie Znak wodny Josifa Brodskiego zajmuje miejsce wyjątkowe. Rosyjski poeta, od kiedy w 1972 roku znalazł się na wygnaniu, spędzał w Wenecji każde Boże Narodzenie i część mglistego, chłodnego stycznia. Fantasmagoryczny obraz ukochanego miasta zawarł w wierszach (dołączonych do tego tomu), a przede wszystkim w tytułowym eseju – pokazującym, iż w prozie bywał poetą równie wspaniałym jak w poezji.
Włoskiemu wydaniu Znaku wodnego autor nadał tytuł Fondamenta degli Incurabili – „Nadbrzeże Nieuleczalnych”. Nazwa pochodzi od weneckiego nadbrzeża oraz położonego w pobliżu znanego szpitala. Brodski zawarł w niej świadomość zarówno nieuleczalnej choroby własnego serca, jak i swojej nieuleczalnej miłości do Wenecji – miasta równie chorego i skazanego. Nikt przedtem ani potem nie opisał go w sposób równie hipnotyzujący.Zaczynamy od smrodu. Czy Miasto Umarłych, szpital na wyspie, gdzie liczba potencjalnych zwłok na metr kwadratowy jest większa, niż nakazywałby dobry gust, może nie śmierdzieć?
Biorąc pod uwagę nieustanną obecność wody, jej odór musi być momentami wyczuwalny – niesie ze sobą samobójców, topielców, przeszłość, odbicia fasad kruszejących kamienic i ciała przypadkowych turystów, którzy wypadli z gondoli. Słusznie Brodski zauważa, że w Wenecji tylko przyjezdnych stać na pływanie po kanałach tym środkiem lokomocji. Wenecjanie z niego nie korzystają (by być ścisłym: nie korzystali w latach 80, w zimie, gdy Brodski krążył uliczkami miasta). A że w moim przekonaniu dominującą grupą turystów w Wenecji są Niemcy, i to nie w kwiecie wieku (weźmy pod uwagę Gustawa von Aschenbacha z noweli Manna) to roboty Charonowi nie brakuje. Przewozi starców i staruszki dla których, koniec końców, wybór: woda czy wóda nie stanowi specjalnego dylematu, toteż kąpiele w kanałach muszą być częste. Nawet jeśli jakimś cudem wenecki Charon wydobędzie pomarszczone ciało z zimnej wody, to starość na pewno nie jest dla zawartości kanału perfumą.
Może nie wszyscy starzy Niemcy przyjeżdżają do Wenecji by umrzeć. Po prostu wtedy śmierć przyjeżdża, by umrzeć ich. Zakładają (Niemcy sobie, bądź Niemcom się zakłada) odświętne maski, pod którym skryją wykręcające się z bólu usta. I tak zapatrzeni w jurną i wulgarną młodość, opatuleni kocem i szumem powietrza nad Lido, cholernie się męczą. Bądź męczy ich cholera. Wychodzi ostatecznie na to samo przedstawienie. Powiedzcie mi więc z pełnym przekonaniem, że nie czują wtedy ci zamaskowani potomkowie germańskich wojowników, tego odoru, który w równym stopniu przeżera nozdrza i oko, co mózg i pamięć.
Tak zapewne pachnie śmierć albo piękno.
Toteż nawet jeśli jest to zapach, który nie tyle drażni włoski w nosie, co kąsa mózg, to i tak stanowi zaskakujące uzupełnienie dla urody architektury, która zgniata widza na każdym kroku. Brodski odczytując “Znak wodny” w alejkach Wenecji, czytał zimę i sam był czytany przez piękno (nie pamiętam już czy odnotowywał ten fakt bycia lekturą, ale lustra przecież są tam wszechobecne). Pomyślałem: cóż łatwiejszego i bardziej oczywistego nad zachwyt nad tymże miastem? I nie myślałem tu już nawet specjalnie o Mannie, Viscontim, Brodskim czy o kimś tam jeszcze, o kim dusza humanisty zechce pomyśleć. Myślałem bardziej współcześnie o czerwonych dywanach i blichtrze, za którym stoją brzegi pożerane przez morze. Neptun łapie domy, kruszy mury wciąga je w swoje królestwo.
Brodski był jeszcze na tyle bezczelny, że Wenecję odwiedział w czasie, gdy marzły wodorosty. Zima dla syna Północy, wychowanka grodu Piotra Wielkiego nie musiała być jakimś specjalnym wyzwaniem. Mógł sobie poeta wybór terminu wizyty tłumaczyć na wiele sposobów (przy czym najrozsądniejszy to ten, że Niemców jest wtedy mniej). Ale dla zawałowca wizyta zimą w świątyni piękna (nim przywdziewa ona karnawalowe maski) jest jedną z intelektualnych perwersji.
Spojrzymy w taflę wody, w której odbija się najczystsza architektura. Morze przemija, a miasto zostaje. Choć zaraz, zaraz… Przecież fale pochłaniają też budynki, prawda? Więc odór/śmierć jednak jest. Nawet jeśli podszywa się pod zmarzłe wodorosty. I jeśli, idąc w myśli za Brodskim, każdy z nas rozpoznaje siebie w którymś z żywiołów, to niech moim będzie woda: oferująca prywatnego sobowtóra w otoczeniu weneckiego piękna. Oraz drażniąca nozdrza.
-
amelia
jak zaczynałam czytać, to chciałam sięgnąć po, a jak kończyłam, to otwierałby mi się nóż w kieszeni, gdybym go miała.
-
akkicaante
Książka jest znakomita i po nią koniecznie sięgnij. Moje luźne grafomaństwa niech nie zaważą na ocenie (z jakiego powodu nóż?).
-
amelia
z powodu, że tak brzydkośmierdząco o wenecji.
-
akkicaante
Nigdy tam nie byłem. To tylko wrednoturpistyczna impresja.
-
amelia
domyśliłam się czytając, bo ja byłam i dlatego się zbulwersowałam;) czy powinnam obalać cały twój post dodając, że nie śmierdziało? ha:)
-
akkicaante
Nie nie:) Moja artystyczna intencja nie podda się obalaniu:)
-
-
-
-
-
-
amelia
to była zła intencja.
-
-
akkicaante
Reblogged from Subiektywny blog o sztuce marketingu:
W kasie siedzi młoda dziewczyna. Niedziela. Ma zły dzień. W domu. W pracy. Dostała opieprz dziś już od wszystkich świętych. Po policzkach ciekną jej dwie, grube łzy. I jeszcze kazali jej założyć tę kretyńską kamizelkę. Z napisem dla Ciebie stałam się kasjerką. Nie da się. Musi się rozładować. Inaczej wybuchnie. Właśnie podchodzi pierwszy klient z wózkiem. Wygląda na prawdziwego debila.
Bardzo ciekawy artykuł na temat budowania relacji w firmie. -
akkicaante
Super 8, reż. J.J.Abrams, USA 2011Latem 1979 r. grupa nastolatków z małego miasteczka w Ohio kręci amatorski film na taśmie 8 mm. Są świadkami katastrofy kolejowej i podejrzewają, że nie była ona przypadkowa. Wkrótce potem w mieście mają miejsce niezwykłe zjawiska, a miejscowy szeryf próbuje odkryć prawdę – coś bardziej przerażającego, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.
Podczas oglądania “Super 8” nie warto przejmować się zbytnio fabułą filmu. Jest ciekawa, absorbująca, ale niczego odkrywczego w niej nie uświadczymy. Wszystko już było – głównie u Spielberga. Warto w historię wejść, przeżyć ją, ale na dłuższe chwile wyłączyć logikę myślenia i zdrowy rozsądek. Seans z “Super 8” wymaga co prawda skupienia, ale oka i ucho niech szuka w innych obszarach: dopiero wtedy przyjemność doświadczania bajki jest pełna.
Warto podziwiać przede wszystkim wizualny styl – oszałamiający, w tym w sferze efektów specjalnych, które używane są z rozsądkiem godnym pochwały. Do tego cytaty i autoironia (wobec konwencji) połączoną z pewna dozą autotematyzmu: w końcu tytuł filmu to wyraźny sygnał od twórców, że właśnie robią coś, co chcieli nakręcić mając lat naście.
Jestem przekonany, że Abrams ma świadomość, że z kina science-fiction niewiele da się już odkrywczego wyciągną (w tej formie, do jakiej przywykliśmy). Sam stwierdzam to ze smutkiem po kolejnych seansach i serialach, które gdzieś przemykają mi przed oczami. “Super 8” oglądałem jednak z przyjemnością, bo autorzy nie kryjąc nawiązań do “E.T.”, czy “Bliskich spotkań trzeciego stopnia”, robią to, co kiedyś Spielberg przy “Indiana Jonesie”: bawią się w ożywanie kina, które zaraziło ich miłością do srebrnego ekranu. A że sam na kolejnych filmach Spielberga odkrywałem, jak może działać filmowa wyobraźnia, toteż podróż sentymentalna jest dla mnie tym bardziej wciągająca. Czyżby nastał czas na Kino Nowej Przygody Bis? Parę razy zapowiadało się na reaktywację, ale wątpię, by poza starzejącymi się Piotrusiami Panami, kogoś mogło ono pociągać. Mimo to chyba muszę do-obejrzeć nowe Star Treki.
A póki co przypominam sobie tę scenę. Ponoć były to jedne z najważniejszych pięciu dźwięków w historii kina.








Tobie to tylko kryminały w głowie.